"Ostatni list od kochanka" Jojo Moyes (z delikatnymi spoilerami)
Ellie, młoda dziennikarka, natrafia na ślad romansu sprzed lat. Po wielkiej miłości, która połączyła młodą mężatkę Jennifer i Anthony’ego, szorstkiego w kontakcie, ale wrażliwego reportera, pozostały tylko listy. Przejmujące i wyjątkowe, fascynują Ellie na tyle, że postanawia poznać historię zakazanego związku i odkryć tajemnicę jego dramatycznego końca. Czy historia miłosnego skandalu z przeszłości może zupełnie odmienić życie samej Ellie i jej relację z żonatym mężczyzną?
opis z http://www.znak.com.pl/
Mam trudność, jeśli chodzi o ocenę tej książki. Po powieści Moyes, po całkiem dobrym "We wspólnym rytmie", fenomenalnym "Razem będzie lepiej", przepięknej "Srebrnej zatoce" i wspaniałym "Zanim się pojawiłeś", biorę do przeczytania praktycznie bez zastanowienia, wiedząc, że bardzo podoba mi się styl, pomysły i tematyka, jaką pisarka porusza. Tak więc miałam wysokie oczekiwania, jeśli chodzi o "Ostatni list..." - miała to być przyjemna, relaksująca, ale też dająca sporo do myślenia i wzruszająca lektura na wakacje. Czy taka była? Nie do końca.
Najpierw przez mniej więcej trzy czwarte powieści byłam zupełnie załamana - nudziłam się jak mops, kiedy autorka przywoływała niekończące się rozmyślania Jennifer, jaka to ona nie jest biedna, kiedy Ellie wiecznie latała za swoim "ukochanym" Johnem, chociaż on ewidentnie miał ją gdzieś, a ona niszczyła sobie przez niego karierę. Jennifer była rozpuszczoną, samolubną kobietą, w dodatku niepotrafiącą o siebie zadbać i podjąć jakiś rozsądnych decyzji o życiu swoim i dziecka. Jej wielka miłość, Anthony, podobnie była bardzo irytującą postacią, której po prostu nie byłam w stanie polubić. Nawet ciężko mi to ująć w słowa. Jeśli chodzi o teoretycznie główną bohaterkę, czyli Ellie (ale nie dajcie się zwieść - przez ponad połowę książki jesteśmy w latach sześćdziesiątych i przyglądamy się wiecznemu mijaniu się, kłamstwom, obrażaniu się wzajemnie, piciu ogrooomnych ilości alkoholu, wstydzie, czyli kiełkującej toksycznej miłości Jennifer i Anthonego) to jest ona równie irytująca co Jennifer i wypija tyle alkoholu ile Anthony. Nie potrafi zakończyć toksycznej relacji z żonatym Johnem, nawet kosztem swojej kariery i nie docenia tego, że ma obok siebie innego mężczyznę, na którym może polegać. A była ona dla mnie obiecującą postacią, ponieważ lubię motyw ambitnych młodych dziennikarek.
Tak więc bohaterowie i, nie tyle fabuła, bo sam pomysł był ciekawy, co sposób jej poprowadzenia, pozostawiali wiele do życzenia. Wiem, że jak na razie nie powiedziałam o tej powieści ani jednego dobrego słowa, ale jednak ujęła mnie za serce. Stylowi Moyes nie można nic zarzucić, jak zawsze wciąga czytelnika tak, że nie zobaczyłby, że świat wokół niego się wali. Jednak najbardziej rozkochała mnie w sobie końcówka i sposób przedstawienia przez pisarkę tych niezwykłych emocji. Moyes nie boi się trudnych tematów, jak starość, wojna, choroby, alkoholizm, ale potrafi książkę zawierającą ciężkie treści, zwłaszcza dla młodego czytelnika (którym, nie ukrywam, jestem) zakończyć przepięknie, tak, że łezka sama zakręci się w oku. To dlatego, mimo ciężkiego znudzenia, dałam tej powieści szansę i doczytałam do końca. I nie żałuję. Niefortunnie opisana, nieszczęśliwa historia miłości Jenny i jej Boota (pozdrawiam tych, którzy wiedzą, o co chodzi) zakończyła się iście hollywoodzkim happy endem, który naprawdę przywrócił mi wiarę w dobroć tego świata.
Podsumowując, nie uważam "Ostatniego listu od kochanka" za nieudaną lekturę. Uważam, że zdecydowanie warto było ją przeczytać. Nie jest to, dla mnie, najlepsza książka Moyes, ale ma w sobie coś wyjątkowego.
Moja ocena: 6/10 ♥️♥️♥️♥️♥️♥️♡♡♡♡
Komentarze
Prześlij komentarz